czwartek, 16 stycznia 2014

Niebieska dojna krowa

Z badań agencji Forrester wynika, że wpisy na Facebooku docierają do niewielkiego procenta fanów (kilku - kilkunastu procent).
Nie wystarczy że ktoś dodał daną stronę do ulubionych, żeby móc zobaczyć wpisy publikowane na tej stronie. Zobaczy je, jeśli w przeszłości na danej stronie był aktywny - lajkował, komentował lub udostępniał wpisy. Jeśli tego nie robił, aby zobaczyć wszystkie wpisy dodanych osób lub stron, musi je sprawdzać ręcznie wchodząc na poszczególne profile. Czego oczywiście nikt lub prawie nikt nie robi, bo też mija się to z celem.


Foto

Jeśli osoba publikująca wpisy chciałaby dotrzeć do większej liczby fanów (lub znajomych w przypadku osób prywatnych), musi za to zapłacić Facebookowi. Oczywiście marketerzy mają do tego jednoznacznie negatywny stosunek.


Wśród zwykłych użytkowników zdania są podzielone. Większość nie zauważa problemu - bo i przeważnie nie zwraca na to uwagi i nie sprawdza kto zobaczył ich post. Większości spośród pozostałych się to nie podoba, chociaż słyszałam też dwie opinie pochlebne. 



Zadowoleni z takiego sposobu wyświetlania wpisów na Facebooku twierdzą, że dzięki temu widzą tylko wpisy osób, z którymi się regularnie kontaktują, a nie wszystkich, których mają w kręgach. Dzięki temu nie muszą oglądać zdjęć nowonarodzonych dzieci kuzynek, czy tekstów nielubianych kumpli z podstawówki. 



Taka argumentacja oznacza, że do znajomych dodawali wszystkich jak leci i mają wśród nich osoby, których tekstów bądź zdjęć oglądać nie chcą. Czyli  decyzję o tym co chcą widzieć w strumieniu, wolą przenieść na kogoś (a właściwie coś) innego. Cóż. Może i wygodne...
Ze strony Facebooka takie wyświetlanie wpisów to nie jest pomaganie nieogarniętym użytkownikom w filtrowaniu treści, ale zmuszenie firm do płacenia za ruch na ich Facebookowych stronach. 



Firmy tworzą treści i pakują je na obcy serwis, do którego nie mają żadnych praw, reklamują ten serwis na swoich stronach www, ściągają na niego swoich użytkowników/klientów i jednocześnie płacą za to, żeby Ci klienci mogli na tym serwisie poczytać co ich ulubione firmy tam piszą. To dość duże uproszczenie, trudno jednak nie dostrzec absurdu sytuacji. Na szczęście dostrzega go coraz więcej osób, a firmy zaczynają się zastanawiać nad sensem wydawania pieniędzy w taki sposób.



Facebook musi zarabiać i pali mu się pod nogami, skoro jako formę zarabiania wybrał typowe dojenie krowy - ile się da i jak się da - aż krowa padnie. Wygląda tym samym jakby się znajdował w ostatniej fazie cyklu swojego żywota. 



Serwis traktowany przez właścicieli jak dojna krowa wskazuje, że Ci nie widzą dla niego rozwoju, tylko  zbliżający się upadek. Ten, biorąc pod uwagę ilość użytkowników Facebooka, powinien być stosunkowo wolny, ale nieuchronny. 



Podobny, choć trochę szybszy los czeka naszą rodzimą społecznościówkę - NK. 
Dla porównania - o tym jak wyświetlają się wpisy na Google+Może to nie badania Forrestera, tylko moje i na zdecydowanie zbyt małej próbie, ale jednak ;-).



Wpis pierwotnie opublikowany na Google+.